czwartek, 27 października 2016

Psi uśmiech

Psy się uśmiechają.

Są psy które nie potrafią przestać radośnie machać ogonem gdy je spotykasz, nie potrafią przestać się dopraszać o pieszczoty, skaczą, łaszą się, piszczą z radości... Mój - raczej niezbyt wylewny - wilczak, to pan niedotykalski, dwa razy machnie kitą, czasem zamruczy, czy raczej przyjaźnie zajojczy na czyjś widok, położy uszka po sobie, zakręci dupeczką... czasem da cmoksa, a jak kogoś bardzo, bardzo kocha to zdarzy mu się, że za rękaw złapie. Albo za jakąś niewymowną część ciała...

Ale jak ten Tito się uśmiecha...
Mówcie sobie co chcecie, ale widziałam to tysiące razy.
Mam na myśli prawdziwy uśmiech. Nie szczerzenie zębów, czy kłapanie paszczą, które często może znaczyć coś o 180 stopni odwrotnego niż zadowolony, zrelaksowany, szczęśliwy pies.
Znam ten wyraz pyska bardzo dobrze i muszę przyznać, że jest to jeden z najmilszych widoków każdego dnia. Uśmiech mówiący - dobrze mi, podoba mi się, fajnie jest, chcę tego więcej!

Kiedy idziemy na długi spacer, szczególnie w jakieś nowe lub super fajne miejsce - Tito co chwilę zerka na mnie i uśmiecha się i od razu wiadomo, że jest gotowy na przygodę, na eksplorację nowych terenów i na zabawę.
Kiedy w długim spacerze bierze udział więcej niż jedna osoba - Tito uśmiecha się, bo ma swoje stado. Kiedy jest to osoba, którą Tito wyjątkowo polubił - ukochany wujaszek, ulubiona ciocia - Ticiak śmieje się, bo może iść obok tej osoby.
Kiedy trenujemy nowe komendy i Titowi dobrze idzie... jego uśmiech znaczy - ale jestem super, zobacz na mnie, jaki jestem świetny.
Kiedy powtarzamy stare komendy Tito również się uśmiecha, szczęśliwy, że wie o co mi chodzi.
Kiedy kończymy trening Tito wgapia się we mnie namolnie, z pyskiem roześmianym, bystrymi oczami i tą miną - ej, ale poczekaj, przecież wiesz, chciałbym jeszcze.
Kiedy powiem "dobrze, dobry pies".
Kiedy

Zadowolony, uśmiechnięty Tito, mój - jak to o nim ktoś kiedyś powiedział - wilk z kreskówki...


















piątek, 7 października 2016

Lektura dla psiarzy

Dawno nic tu nie pisałam, trochę z braku czasu, trochę z lenistwa,a trochę dlatego, że update co u Tito słychać można znaleźć - w potaci zdjęć - na koncie tito_the_wolfdog na instagramie (kliknij tutaj i oglądaj)...
Poza tym życie z psem to w dużym stopniu... rutyna. Poranne spacery, popołudniowe spacery, Siku, kupa. Wieczorne spacery. Siku. Kupa. Wąchanie krzaczków. Trzeba kupić karmę. Trzeba woreczki kupić (tak, tak, znowu kupa). Długie wycieczki za miasto. Zabawy i treningi, znowu spacery, wąchanie krzaczków, siku, kupa i tak dalej.
Pewna nuda się czasem w to wszystko wkrada.

Z drugiej strony ileż można pisać czy gadać o psach...

No dobra.
Można dużo. Ja mogę baaaardzo, bardzo dużo o psach. Gadać, pisać, czytać.

Do dodania tego postu zachęciło mnie właśnie przeczytanie fajnej książki o psach.
A może nie tyle o psach, co o ludziach i ich relacjach z psami. O tym, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy i jak bardzo różnimy się od siebie. Fascynująca lektura, oparta na wieloletnim doświadczeniu autorki, która pracuje jako psi behawiorysta oraz trener... Książka pełna jest także opowieści o jej własnych psach oraz informacji dotyczących świata zwierząt (informacji ściśle naukowych, a przy tym podanych w niezwykle przystępny i przyjazny sposób) Serdecznie polecam wszystkim psiarzom i tym którzy o psie na razie tylko marzą ;D

Patricia McConnell "Drugi koniec smyczy" (tutaj jest link do opisu na lubimyczytać.pl). Według Tito książka na pięć gwiazdek.

Patricia McConnell "Drugi koniec smyczy"  *****

niedziela, 27 marca 2016

Wycieczka za miasto

Kolejne spotkanie z wyżłem Leo i jego panią Kingą... Tym razem wycieczka za miasto... w dodatku pociągiem!
Leo pierwszy raz miał okazję podróżować pociągiem.
Postaraliśmy się bardzo, by było to dla niego miłe doświadczenie. Krótka, 15 minutowa przejażdżka wypełniona była smakami, zabawą w poszukiwanie jedzenia między fotelami, prostymi ćwiczeniami w stylu siad, leżeć... i węszeniem, węszeniem wszędzie. Leo nawet nie zauważył, kiedy zabtałyśmy go na ruchliwy edynburski dworzec... nie bał się ani pociągów, ani tłumów z bagażami. Jakby całe życie spędził w podróży. Myślę, że obecność Tito, którego Leo bardzo kocha, również bardzo mu pomogła... Nasz młodzieniec był mega zadowolony... Pierwsze kolejowe doświadczenie Leo możemy uznać za bardzo udane.
Myślę, że Leo był bardziej niż zadowolony :)
Tym bardziej, że późniejszy spacer po plaży w Dalmeny (czyli w równie nowym dla Leo miejscu) pełen był zabaw, gonitw i radości.
Słynny kolejowy most nad Firth of Forth i dwie szczęśliwe mordy

Wspólna zabawa kijkiem (zdjęcie: Kinga)

Wygłupy w piasku  (zdjęcie: Kinga)

Dziki gon!  (zdjęcie: Kinga)

Brodzenie w ziiimnym morzu  (zdjęcie: Kinga)

środa, 23 marca 2016

Bitwa o strumień

Pamiętacie Asię, naszą kumpelę z treningów? Asię, królową piłeczkę, Asię z mega długim jęzorem i mega szerokim uśmiechem? Otóż udało nam się znów z nią spotkać na dłuugim spacerze w naszym ulubionym miejscu: w Holyrood Park na zboczu jednego ze wzgórz.
Jest to bardo popularne miejsce wśród turystów, mieszkańców miasta, lokalnyh dog-walkerów i psiarzy. Ot, piękna, zielona, wręcz dzika przestrzeń - góra zwana Arthur's Seat, czyli masyw wulkaniczny w samym centrum miasta. Czasem w parku tym można spotkać całe psie bandy. Ale my z Titozaurem mamy swoje miejscówki, sekretne zakątki po których możemy spacerować godzinami.

W Holyrood Park jest kilka niewielkich lochs (czyli szkockich jezior) zamieszkałych przez gromady kaczek i królewskich łabędzi... Jest też jeden obszar jakby bagnisty gdzie często spotkać można czaple siwe, jest też kilka niewielkich strumyczków. No i jeden z tych mikro-strumyczków był ostatnio... prawdziwą kością niezgody między Tito a Asią. Istnym polem bitwy. Oczywiście bitwy na niby. Bitwy-zabawy. Zresztą zobaczcie sami....
Tito po lewej, Asia po prawej... strumyk jako granica ich teretoriów

Tito próbuje swoich sił

Asia pilnuje swojego strumyka

Tito kombinuje jak tu popędzić Asi kota

ale trzeba Asi przyznać, że potrafi się Titowi postawić

Mokra i ubłocona Asia...

....walczy jak lwica! 
Do upadłego!

I chociaż ledwo zipie...

wciąż jeszcze ma energię by pokazać Titowi... 


że najfajniejsza zabawa to w błocie

i w wodzie

i że mimo wszystko nie da mu się dopaść ani dogonić

że będzie bronić swojego strumyka

bo Asia kocha wodę...

i błotne kąpiele :D

niedziela, 20 marca 2016

Z notatnika psiarza

Kilkanaście lat temu żyłam trochę innym życiem, w innym mieście, w innym kraju i tak dalej. Miałam wtedy trzy koty. Miałam też taką małą przyjaciółkę - może czteroletnią - Marysię.
Wiecie pewnie jakie są dzieciaki. Widzą rzeczy i potrafią je nazywać po imieniu. Otóż Marysia gdy przychodziła do nas w odwiedziny zawsze się cieszyła, że idzie do tej cioci co to mieszka u kotów.

Trudno mi inaczej myśleć o sobie teraz. Nie umiem powiedzieć: jestem właścicielką wilczaka. Nie czuję tego tak i nie wydaje mi się, że Tito do mnie należy. Nie jestem też przewodnikiem psa, bo - co tu ukrywać - ze mną jako z przewodnikiem to można tylko na manowce iść.
Więc myślę sobie, że mieszkam z psem. Może nawet mieszkam u psa, bo mu sprzątam, karmię go, zabawiam, szkolę a czasem traktuję jak wielmożnego księcia pana.

Wilczaki nie są łatwymi pieskami, ja też nie jestem łatwym człowiekiem... I jakoś tak to jest, czasem ciężko, czasem pod górkę, czasem w pocie i brudzie. Życie z trudnym psem oznacza przede wszystkim pracę - nad nim, nad sobą, nad innymi ludźmi też.
Praca ta bywa męcząca, bywa też niezwykle satysfakcjonująca. Uczymy się od siebie nawzajem, budujemy określoną relację (od pana wrednego księciunia do ukochanego piesiunia), rozwijamy się i zmieniamy.

Tak, trzeba to sobie przyznać: to życie z psem zmieniło mnie bardzo. Jestem kimś innym niż byłam trzy lata temu.
Moi znajomi, którzy tak jak ja - żyją z wilczakami, często powtarzają, że psy te uczą pokory.
Ja ze swojej strony dodam, że uczą też cierpliwości, wyrozumiałości i spostrzegawczości. Wyrabiają również refleks i poprawiają koordynację ruchową (zapytajcie naszej trenerki ;) ).
Czasem ludzie mnie pytają jak to jest z tą rasą, czy agresywne, czy wołane wracają, czy trzeba karmić surowym mięsem i czy fajne do mieszkania, czy raczej na wieś pod lasem.
Nie wiem jak to jest, nie znam się na rasie, nie znam się w ogóle za bardzo na psach. Znam tylko - jako tako - swojego Titozaura.

No więc jak to jest? Trochę taka nierówna gra.

Zasady są proste:
- jeśli zauważysz problem zanim zauważy go twój pies - punkt dla ciebie.
- jeśli zareagujesz na problem zanim zareaguje twój pies - punkt dla ciebie.
- jeśli jesteś w stanie przekonać swojego psa by zrobił to co ty chcesz a nie to co się księciu panu podoba - punkt dla ciebie. Wygrywasz.
Pamiętaj jednak: ty wygrywasz, ale to twój pies zdobywa nagrodę.
Jakikolwiek punkt zdobyty przez twojego psa, resetuje wszystkie punkty, które już masz.
Fakt, że wygrywasz w jednej rundzie, nie oznacza wcale, że wygrasz w następnej. W następnej rundzie też startujesz od zera. Masz tylko lepsze "morale". Morale psa generalnie się nie zmienia.

Dzisiaj poszliśmy sobie na spacer nad morze. Było fajnie. Plaża pusta, spokojna, Tito się wyszalał. Na powrocie  spotkaliśmy trochę piesków po drodze i jednego króliczka. Oczywiście, graliśmy jak zawsze.

Runda nr 1.
Spacer luzem. Tito węszy w krzakach. Zza zakrętu ścieżki, 10m przed nami wyłania się spacerowicz. Ma coś w ręce. Być może smycz. Tito węszy dalej. Punkt dla mnie, za spostrzegawczość.
Odwołuję psa. Tito przybiega. Punkt dla mnie za szybkość reakcji.
Zapinam smycz, wydaję komendę siad, Tito siada przy nodze i grzecznie czeka na rozwój sytuacji. Punkt dla mnie.
Zza zakrętu wychodzi pies. Razem z właścicielem zbliżają się do nas. Tito siedzi przy nodze. Punkt dla mnie za zachowanie spokoju i za cierpliwość.
Zwracam się do przechodnia, by odwołał od nas swojego psa. Tito wciąż skupiony na mnie, mimo, że piesek się zbliża. Znów dostaję punkt, bo chociaż skierowałam swoją uwagę na coś innego, Tito nie złamał komendy.
Tito wybiera pozostanie pod komendą niż zainteresowanie mijającym nas psem. Punkt dla mnie, wygrywam... a Tito dostaje nagrodę.

Runda nr 2.
Taka sama sytuacja z innym pieskiem.
Zarobiłam już punkty za spostrzegawczość, za refleks, za spokój, cierpliwość i stalową wolę... Niestety piesek innego właściciela jest bardzo przyjazny i nie ma odwołania. Tito pozwala mu się obwąchać, ale nie łamie komendy. Punkt dla mnie, za żelazne majty. Wygrywam, Tito dostaje nagrodę.

Runda nr ... 5, może 6, trochę tych psów było po drodze.
Zarobiłam już 299173 punktów za wszystko co zrobiłam i co zrobił Tito dla mnie. Niestety kolejny przyjazny piesek spotkany na spacerowym szlaku Titowi się nie podoba. Pańcia od nowego pieska nie zna zasad gry i nie wie, że właśnie straciła wszystkie swoje punkty pozwalając mu podejść do nas mimo, że usunęłam się im z drogi i grzecznie ją prosiłam o zabranie psiaka.
Tito postanawia się poburać, na szczęście jest na smyczy, więc nie ma dramatu, piesiu ucieka gdzie pieprz rośnie, pańcia nas wyzywa od ostatnich, wiadomo jaki pies taki właściciel, moje punkty się zerują a morale idą się jebać. Tito wygrywa.

Runda z króliczkiem.
Jak poprzednio, spacer luzem, pustkowie totalne, idziemy poboczem drogi, nikt tu nie jeździ, nikt tu nie bywa, widzę na kilometr w tą i w tamtą. Tito węszy w trawie. Wyciągam telefon i odpisuję na esemesa.
Tracę punkt za spostrzegawczość. Tito znajduje coś na poboczu i informuje mnie o tym szaleńczym machaniem ogona.
Przy drodze leży mały martwy króliczek. Martwy od bardzo niedawna, godzinę wcześniej, gdy przechodziliśmy tamtędy w drodze na plażę - jeszcze go nie było.
Rzucam zostaw ale jest już za późno to Tito zdobywa punkt i automatycznie wygrywa. Łapie królika w paszczę w tym samym momencie, gdy ja łapię go od dupy strony (jest remis jeśli chodzi o szybkość reakcji, ale przecież każdy punkt zdobyty przez mojego psa... czyli w sumie - przegrywam). Wiem już, że nie zadziała komenda stój, bo pies jest gotowy do szaleńczego biegu z łupem w mordzie. No to go trzymam, tyle się już nauczyłam, trzymam go, bo przecież, nie będę za nim po polu ganiać i ryczeć wróć, do mnie, stój skoro i tak wiem, że nie zadziała. Nie zadziała bo jest króliczek, mały martwy króliczek. Zapinam smycz, nie próbuję nawet komendy wypluj, bo już przegrałam. Pozamiatane.
Moment w którym wyjmuję małego, martwego króliczka z zębów Titozaura to moment, w którym uświadamiam sobie, że przegrałam, gdy tylko wyjęłam telefon z kieszeni.

Tito i mały martwy króliczek.
No i co? No i punkty mam na zero, morale poszły się jebać i idziemy dalej.

Runda z króliczkiem część druga
Ale Tito iść nie chce... Tylko królik i królik!
Więc muszę się wykazać jakąś inicjatywą i kreatywnością. Pokazać mu, że pójść ze mną to lepszy pomysł, niż zostać... Robimy kilka prostych ćwiczeń, w tą i w tamtą, wreszcie siad i czekaj przy króliku, punkty dla mnie lecą, ale wyciągam telefon, żeby zrobić zdjęcie, a jak ostatnio wyciągam telefon to przegrywam... Więc szybkie cyk, idziemy dalej, wygrywam, Tito dostaje nagrodę, a widmo króliczka z czasem słabnie... 

Tak to właśnie jest, żyć z wilczakiem, jakby się ktoś pytał.

wtorek, 15 marca 2016

Mglisty poranek...

W jeden z tych pięknyh marcowych poranków wybraliśmy się na spacer... spacer niespodziankę. Pierwszą niespodzianką była oczywiście niesamowita, słoneczna pogoda a przy tym równocześnie wiosenna mgła spowijająca masyw Arthur's Seat.
Arthur's Seat we mgle

I wilczak we mgle ;)
Drugą niespodzianką było spotkanie ze starymi znajomymi. Moniką, małym Bennym, szefówką Lou i wyżłowym duetem - Sarą i Millie (pamiętacie ten post?). Jaka była radość z ponownego spotkania. Jakie zamieszanie. A jaka zabawa...
Mgła już z wolna się podnosi...

Monika odsyła psy by bawiły się na stoku z dala od drogi...



Tito i Lou na tropie

Wyżły polują na wilczaka ???


Nie ma to jak od maleńkiego życie w takiej fajnej paczce!